ONKOstory: Katarzyna Moszczyńska

12/04/2016 - 14:30
Musiałam narodzić się na nowo, bo spotkała mnie kara. I zanim zaczęłam rodzić się na nowo, z rakiem w rodzinie, postanowiłam przeprowadzić analizę poprzedniego życia. Za nic w świecie dojść nie mogłam do wniosku, co zrobiłam, że taka kara spadła akurat tu, gdzie ja stawiam kroki.

ONKOstory to nowy cykl Onkoline. Będziemy w nim prezentować Państwu osoby, które dzieląc się swoimi historiami oraz przemyśleniami, dają świadectwo odwagi, wyjątkowości, a także pokazują, że z nowotworem można, a nawet trzeba walczyć. Poznacie Państwo historię wspaniałych ludzi, niekiedy takich, którzy sami nie są dotknięci chorobą. Jednak postanowili pomagać innym, bądź dzielnie trwają przy boku bliskiego chorującego. Mamy nadzieję, że te prawdziwe historie i słowa napisane od serca, pomogą wszystkim czytającym. Jesteśmy otwarci na wszelkie sugestie i odzew z Państwa strony.

Kasia Moszczyńska jest pierwszą bohaterką naszego cyklu. Jest osobą wspierającą. Towarzyszy swojemu ukochanemu, który choruje na glejaka. Poprosiliśmy o napisanie paru słów dla naszych czytelników. Zamieszczamy niezmieniony przez nas tekst, który napisała by przekazac innym.

Zapraszamy również na bloga Kasi: Trzy kropki... Poprosiliśmy również o polecenie jednego, szczególnie ważnego dla autorki wpisu. Pod niniejszym linkiem mogą Państwo się z nim zapoznać: "Kultura? Nie dziekuję." http://trzy-kropki.blog.onet.pl/2016/01/26/kulturanie-dziekuje/

Koleżanka niespodzianka

Niespodzianki są miłe. Zawsze umiałam je docenić. Jednak pewnej niespodzianki, jaką podarował mi los, nie zaakceptowałam. I powiem szczerze, byłam dość zirytowana jej zaistnieniem. Tą niespodzianką była garść zdenerwowanych, wkurzonych, niezadowolonych z życia komórek. Nie wiem, co spowodowało, że postanowiły się zezłośliwić, ale przestały współpracować i stały się indywidualistkami. Swoje indywidualne życie rozpoczęły pod nazwą „oligodendroglioma anaplastic”. Żeby było zabawniej, nie były to wcale moje komórki, tylko komórki mojego faceta. Innymi słowy – człowiek, który poprawiał znacznie moją osobowość i dostarczał mi w życiu szczęścia nabawił się… raka mózgu.

Zanim zrozumiałam na dobre, co się stało, sama się wściekłam, zupełnie tak jak te komórki  w mózgu. No bo jak to tak? My? A co my komu zrobiliśmy, żeby mieć takie „szczęście”? Bo nie ma co ukrywać – spotkało nas „szczęście” niepomierne. Takie to szczęście było dorodne i hojne, że z „radości” przepłakałam kilka nocy. A jak już wypłakałam swoje, to zrozumiałam, że przyszła pora narodzić się na nowo. Narodzić się człowiekiem silnym, walecznym, niepoddającym się. Dobre żarty.

Musiałam narodzić się na nowo, bo spotkała mnie kara. I zanim zaczęłam rodzić się na nowo, z rakiem w rodzinie, postanowiłam przeprowadzić analizę poprzedniego życia. Za nic w świecie dojść nie mogłam do wniosku, co zrobiłam, że taka kara spadła akurat tu, gdzie ja stawiam kroki. Ideałem nie zostanę nigdy, ale zawsze starałam się przyzwoicie żyć – toteż  z jakiej racji teraz na randki z facetem muszę umawiać się w Centrum Onkologii? Albo co zrobił On, ten facet, że teraz ma lokatora w lewej części płata skroniowego mózgu? Nic nie wymyśliłam. Wręcz przeciwnie – obawiam się, że od tych rozmyślań uleciało mi trochę inteligencji. A nie miałam wcale czym szastać.

Na nowo narodziłam się ósmego września. Wtedy mi pokroili faceta. Najpierw Mu dali białą tabletkę i kazali ubrać miętowe rajstopy. Biedny wyglądał jak transwestyta ze zgagą. Z zauroczenia tym transwestytą niewiele mogłam powiedzieć. Niewiele mogłam też powiedzieć, bo pierwszy raz w życiu tak się bałam, że zazdrościłam mu tej białej tabletki. Która jak się okazało – dodała Mu poczucia błogości. I wtedy zawieźli Go długim korytarzem, w miętowych rajstopkach, aż pod salę operacyjną. A ja zostałam na korytarzu i czekałam, aż wyeksmitują wkurzone koleżanki komórki. Tak biedulki pokochały mojego faceta, że wcale wyjść nie chciały. I lekarz musiał je namawiać przez pięć godzin. A po tych pięciu godzinach  operacji mój chłopak był tak zaspany, że gdy Go wybudzali, to prawie im wszystkim zęby powybijał. Reasumując…Te jędze były tak zawzięte, że wszystkie się wyprosić nie dały. A zęby wszystkie się zachowały u personelu, to chociaż nie trzeba było szukać protetyka.

Ponieważ jak już pisałam,  nie wszystkie koleżanki lokal opuściły… Postanowiliśmy zapisać moją drugą połówkę na solarium. Ale nie takie zwykłe, popularne. To nasze solarium dostarczało o wiele więcej rozrywki. Do tego stopnia, że mój chłopak z wrażenia stracił włosy. Ja za to prawie osiwiałam.

Z okazji naszych narodzin dostaliśmy też cukierki. Takie kolorowe i duże. A na opakowaniu mają trupią czaszkę. Magiczne cukierki, mówię Wam. Nie dość, że od nich lokatorki rozważają wyprowadzkę, to jeszcze krwinki białe postanowiły zmienić miejsce zamieszkania. Ogólnie cała morfologia ma remont… Nowe życie nie jest bardzo gorsze od poprzedniego… Najtrudniejsze było pogodzić się z tym, że nastanie. Nie  potrzebowaliśmy miętowych rajstopek, grzebania w głowie, cukierków, wenflonów… Nasze życie przedtem nie było doskonałe. Teraz też nie jest, jednak… Jest nam smutno. Trochę inaczej to miało wyglądać.

Po tak drastycznym potraktowaniu komórek rakowych mamy nadzieję, że nie zechcą do nas wrócić. Że stanie się cud i postanowią odejść na zawsze. Kiedyś w myślach podziękowałam im za to, że wybrały nas. Bo pozwoliły zrozumieć, jakie jest życie. Pokazały, co jest ważne. Uświadomiły, jak trzeba żyć, żeby życie przeżyć. Pozwoliły naprawić błędy. Kazały kochać. Tylko niech pozwolą nam to wykorzystać… Podarowały nam prezent niedoskonały – pełen wartości, pełen bólu. Czy nie mogłyby teraz nas zostawić z tym? W końcu skoro mój chłopak wytrzymał w tych miętowych rajstopkach, dał się trochę posmażyć i poczuł się jak myszka, którą ktoś chce wysłać na tamten świat… To wytrzymamy wszystko, prawda? Poradzimy sobie bez „oligodendrogliomy”… Niespodzianką może być bukiet kwiatów, czekoladki, zaręczyny, narodziny, śmierć, dobra ocena. Niespodzianką może być też nowotwór, który znajduje się w mózgu. To beznadziejna niespodzianka, która jest konkretnie bolesna i pozwala poczuć jak podłe jest życie. Ale z jakichś powodów to życie takie jest. Z jakiś powodów to wszystko się wydarzyło. Z jakichś powodów ktoś uszył te miętowe rajstopki, ktoś wykonał trepanację czaszki, ktoś na korytarzu szpitalnym powiedział mi, że mam być dzielna. Teraz po rozpoczęciu nowego życia pozostaje nam jedynie – żyć mądrze… Żeby nic nie zmarnować.

 

Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, zapraszamy do przesłania wiadomości na adres email: info@onkoline.pl
Razem ustalamy formę wpisu: List do czytelników, forma wywiadu lub Twoja historia opowiedziana własnymi słowami. Przed publikacją dostaniesz go do zatwierdzenia. Wybrane teksty opublikujemy w zakładce "ONKOstory"