Oswoić umieranie. Recenzja filmu "Moje córki krowy"

22/01/2016 - 10:00

Każdy z nas pamięta chwile, kiedy jako młody człowiek, zachował się nieodpowiednio do sytuacji. Stojąc na pogrzebie cioci, którą kojarzymy jedynie z wielkich korali i za głośnego śmiechu słyszanego raz do roku lub rzadziej, wybuchamy gromkim śmiechem, bądź zostajemy zbesztani przez mamę za bieganie i zabawę w ganianego po cmentarzu. Jeśli nie nam samym się to przydarzyło, z pewnością byliśmy świadkami podobnej sytuacji. Ile razy uczono nas co wypada, a co jest absolutnym faux pas? Czy kiedy w obliczu śmierci stają obydwoje z rodziców, zadaniem dzieci nie jest czarna rozpacz, powaga i patos? Czy wyrazisty śmiech nie jest objawem ignorancji i braku uczuć? Możemy odpocząć od konwenansów. Reżyser filmu, Kinga Dębska, zaserwowała widzom zderzenie tragedii z komedią, współczucia z dystansem, pokładów czułości i miłości, z podświadomą chęcią dogodzenia samym sobie.

Stojąc za rogiem kina, z którego wychodzą widzowie po seansie filmu „Moje córki krowy” nie zobaczycie smutku wypisanego na umęczonych twarzach. Obserwuje się ludzi uśmiechniętych, spokojnych, refleksyjnych, jednak mimo zadumy, w kącikach ich ust, da się dostrzec ten lekki skurcz. „Obejrzeli film o umieraniu, a wychodzą z kina uśmiechnięci, pełni optymizmu.” – możemy usłyszeć od Gabrieli Muskały, która gra jedną z głównych ról w filmie. Jest to relacja widzów, którzy podzielili się z aktorką swoimi przeżyciami po seansie. Tak właśnie można opisać to co nas w kinie spotka. Pojawić się może wiele głosów „Ale halo, droga Pani. Ten film jest o umieraniu. Nie może być wesoły.” Otóż nic bardziej mylnego. Dlaczego tak jest? Śpieszę z wyjaśnieniem, jednak potrzebujemy zarysu fabuły, jakże bliskiego zresztą sercu wielu z nas.

Dwie kobiety. Różne jak ogień i woda. Jak pieprz i sól. Idąc tropem słów jednej z nich: „Któraś z nas musi być adoptowana.” Pierwsza jest starsza. Jak starsza to oczywiście mądrzejsza, samodzielna, świetnie radząca sobie w życiu zawodowym, wygadana…ale czy szczęśliwa? Grana przez Agatę Kuleszę Marta, nie umie okazywać ciepła. Z tym z kolei, nie ma problemu Kasia. Druga siostra emanuje wulkanem emocji, wręcz nie sposób uciec od jej rozhisteryzowanej potrzeby wyładowania swoich uczuć, przy kompletnej nieporadności życiowej. Oczywiście filmu z tego nie ukręcimy. A z pewnością nie takiego, który wbije się w nasze serce i umysł, ciągając nasze emocje od skraju smutku, po szczyt komizmu. Do tego potrzeba nam najgorszych doświadczeń jakie może zgotować nam los. Choroba, strach o życie bliskich, odchodzenia i czekanie na śmierć. Matka po nowotworze, idąca na ostatnią wizytę kontrolną doznaje udaru. Niedługo później jak grom z jasnego nieba, spada wiadomość o nieuleczalnym glejaku, który nosi w swojej głowie ojciec. Czy teraz można uwierzyć, że jest to film o umieraniu? Można.

Można zapytać, czy jeśli wybiorę się na seans, uda mi się choć trochę nauczyć odchodzenia z uśmiechem na ustach? Z odpowiedzią śpieszy Pani Agata Kulesza, nie dająca nam zbyt wielkich na to nadziei: „Ten film jest bardzo uniwersalny i rzeczywiście świetnie udało się, że forma jest lekka, a temat jest bardzo ciężki. Czy jesteśmy gotowi na pożegnanie, czy zdążymy powiedzieć to, co chcielibyśmy powiedzieć, czy możemy się przygotować (a raczej nie) to jest temat naprawdę poważny i ważny, bo to jest to co nas w życiu doświadcza.” Oczywiście nie jesteśmy w stanie nauczyć się za pośrednictwem filmu odchodzenia z dumą, z uśmiechem, w pełnym spokoju. Z tego filmu możemy wynieść o wiele więcej. Podczas 40tego Festiwalu w Gdyni, Agata Kulesza w rozmowie z Marcinem Sawickim usłyszała: „W tym filmie podobno jest jeszcze jedno ważne pytanie zadane. Czy ze śmierci można wyciągnąć coś pozytywnego? Czy może być czymś niekoniecznie niszczącym, ale również dobrym doświadczeniem?” Wydaje mi się, że odpowiedź jaka powstała jest jedną z lepszych opisów, rekomendacji, czy też zapowiedzi tego co nas w kinie czeka: „Tak sobie myślę, że w tym filmie jednym z tematów jest to, że przy takim odejściu rodziców, oni odchodzą i to jest nieuchronne, że odejdą, nagle relacja między siostrami się poprawia, bo muszą razem współpracować, nagle się odbudowuje. Coś się kończy, coś się zaczyna. Myślę, że ten film jest bardzo prawdziwy. Nie chodzi o to żeby pouczać i mówić ‘A rodzina to jest siła!’, tylko żeby zobaczyć kawałek takiej rzeczywistości i gdzieś się tam nad nią zastanowić.

Opisywanie całej fabuły, byłoby grzechem wobec widzów i ograbieniem ich z pewnej dozy emocji, jaka może ich spotkać w mierzeniu się z kalejdoskopem doznań, zdarzeń i uczuć. Jeżeli ktokolwiek obawia się filmu, gdyż dotyka tematów trudnych, jakimi niewątpliwie jest odchodzenie i śmierć, bez obaw można powiedzieć, że wielce prawdopodobna jest odwrotna reakcja. Być może, idąc za słowami Pani Agaty, widzów, a także i moim osobistym, obejrzycie film o umieraniu z uśmiechem na ustach, a chwilę po seansie zadzwonicie do kilku osób, do których często świerzbi ręka aby zadzwonić, tylko nigdy jakoś się nie składa… Motywacji z pewnością doda towarzyszący napisom końcowym przepiękny utwór: Piotra Bukartyka - Kup sobie psa